Zawartość tej strony prezentowana jest w technologii Macromedia Flash 6. Aby obejrzeć tę stronę musisz zainstalować Flash Player.


  A

B

C

D

E

F

G

H

I

J

K

L

M

N

O

P

R

S

T

U

W

Z


  albo historya o murwach świergolonych
3. Strofy o górach    (satyra na UZ)

STAŃCZYK
albo historya o murwach świergolonych

Stańczyk- trefniś Zygmunta- króla jegomości
Dziewki z fraucymeru okrutnie rozzłościł
Bo się poczuły odeń okrutnie zelżone
( Bowiem rzekł im iże są murwy świergolone)
Więc ze skargą pobiegły do królowey Bony

W wieczór jejmości królowa w sypialney komnacie
Rzecze do pana męża, gdy ten ściągał gacie
I w puchowym piernacie kładł się wymęczony
- Och! mężu móy y panie- me- królewskiey żony
Dwórki- zelżył był wielce stańczyk świergolony.
Toć one z zacnych rodów Polszczy, Litwy, Rusi
Z Inflanciech, Szląska, Węgier y Królewskich Prusiech.
Panny wielce nadobne, skromne, ułożone
Jako lwice strzegące cnót swych niewzruszonych
Czemuż murwami zwie je Stańczyk świergolony?
Sprawę wyjaśnię jutro- rzekł król- moja duszko
Swe dostojne oblicze kryjąc pod poduszką
Bo czuł się nieszczególnie dniem wielce zdrożony
Zaś legnąwszy się na bok( vel) zadkiem do żony
Mruknął- cóż za marudny babsztyl świergolony!
Skoro są tak cnotliwe- jako to gadają
To skąd- co rzekł im Stańczyk pojmują i znają
A jeśli w onych sprawach są obznajomione
To kiego kiepa- chłopa- czepiają się one?
Prawięć więc zwie ich Stańczyk- murwy świergolone

Zaś wy, którzy słuchacie onego wierszyka
Poznajcie jakaż mądrość z niego wynika
Jeślić na stół nożyce będą położone
Uderz weń a niechybnie odezwą się one
Taką maja naturę murwy  świergolone.

Ż-ń, 31.12.2007r.
 
 

TAKA MOJA JUŻ NATURA CAŁE ŻYCIE W GÓRACH
EJ TE GÓRY, EJ DOLINY
EJ GÓRALE – GÓR – WY – SYNY
EJ TE HALE, EJ TE TURNIE
A PO TURNIACH ŁAŻĄ DURNIE
HALNY CHMURY GNA PO NIEBIE
CO RAZ KTÓRY W DÓŁ SIĘ STOCZY
CZY TEŻ Z GRZBIETU CZY ZE ZBOCZY
WTEDY CIESZĄ SIE GRABARZE
OŻYWIAJĄ SIĘ CMENTARZE
GDY SIĘ W GÓRACH ŚCIELE TRUP
ŁUBU – DUBU- DUBU – DUP !!! 


Strofy o górach    (satyra na UZ)
 
Raz na kolegium rektorskim po kilku skrzynkach browarków
Postanowiono skarb znaleść – lub kilka małych skarbków.
Bo tylko w tym przedsięwzięciu widziano jakąś szansę
By uczelniane poprawić jako-tako finanse.
A potem poszło – kiedy Magnificencja z zespołem
Dokończył plan kampanii pod swym rektorskim stołem.
Gdy nad uniwersytetem jutrzenka zaświeciła
To rektor szukać skarbów pognał zapite ryła.
Kolejny raz zdała egzamin J.M. sprawdzona metoda
Gdy na kopach ferajnę całą wyniósł po schodach.
Co potem dalej było – sami zapewne wiecie
Gdy trąc zbolałe półsłupki rozbiegli się po świecie ...
Jeden z Egiptu przywióz w skarpecie skarabeusza
Lecz, że to nie na temat, to rektor dał mu po uszach.
Drugi poderwał skarbniczkę z Urzedu Skarbowego
Lecz potem już uczelnia nie miała pożytku z niego,
Bowiem ona jako skarb go potraktowała
I jak na skarb przystało, na klucz go zamykała.
Trzeci z kolei się włamał do skarbca bankowego
I z tego także uczelnia nie miała udziału żadnego,
Bowiem tenże włamywacz miał bardzo ważne powody
By ze zdobytym skarbem  wywiać na Antypody.
I chociaż czasem z tropików przysyłał pozdrowienia
Lecz w U.Z. (i w INTERPOLU) nie znalazł zrozumienia.
Rektora przy komputerze gnębi ciężki frasunek
Bo prąd, gaz, grzanie, woda doniebotycznia rachunek.
Biedak na śmierć się zamartwia – co najmniej dostania garbu
I choć szukają pilnie – jak nie ma, tak nie ma skarbu !!!
I raptem cud, strzał w dziesiątkę, iluminacja, olśnienie
I skarb się sam objawia – cudowny jak marzenie.
Już trzaska klawiatura, z monitora żar bucha
Pola K. - nasze dziewcze – toż to skarb nie dziewucha !
Pola ma złote serduszko, oczęta jak brylanty
Że ślepną od ich blasku adiunkty, doktoranty.
Nie jeden niby laserem rażon Jej wzrokiem poległ
I dumni są z niej wielce patroni Bolek i Lolek. 
Ech! Naukowa elito – sami nawet nie wiecie
jaki to skarb na UNI- (swym macie)- WERSY –TECIE!!!  
Banda Chrabąszczy w krzaków gąszczu kwachy sączy
Mąż Ważki - Ważek z pustych flaszek resztki kończy
A Gzy wśród bzów się raczą denatury łykiem
Zaś Żuk z Dżdżownikiem ćwiczą tury pod śmietnikiem
A ja
Może usłyszę Wasze oburzenia wrzaski
Lecz tu Was spytam bez obrazy i obrazki
Czyż muszę wciągać te ludowe wynalazki
Jak te nałogi, halucyny i potrzaski?
Lwóweckie piwko też wprowadzi mnie w stan łaski
To sama radość to prawdziwe życia blaski
Spróbujcie sami niech zachwytu słyszę mlaski
Słowa uznania, euforię i oklaski
Gul gul gul                    Gul gul            Gul Gul Gul 
 

 
Kiedy Ci opadną chęci
żeby kicnąć do agencji
Sam wiesz o tym stary siurze
Nieporęcznie jest w mundurze.
Zdyscyplinuj swoją chuć
Już na progu mundur zrzuć
Nim przytulisz swą dzieweczkę
mundur złóż w ekstra- kosteczkę
tak jak Cię uczyli w MON-ie
Buty- postaw na balkonie
Za butami też- niestety
Niechaj pójdą i skarpety.
Lecz się nie rozstawaj z bronią
Musi blisko być- pod dłonią.
Obok plecak i giwera.
- No! Gotowy jesteś teraz
Nawet w czas miłości
bądź w bojowej gotowości.
Choć mówią, że za mundurem
Podążają panny sznurem
niby mundur zwiększa szanse
lecz potraktuj to z dystansem.
Bo wie każdy głup czy guru,
że wygodnie bez munduru
 

 
 
 
Za nami zostało gdzieś Slońce na niebie             fis h
I łąka co w ziół aromatach                                  A   D
Ruszamy w głąb ziemi gdzie gór są korzenie      G   A
Gdzie szósta jest strona swiata.                         D   C   H7
 
  Tu ciemność i skały, bajeczne kryształy            e   h   C
  Pieśń ciszy odwieczną śpiewają,                       G   a
  Kaskady podziemne, przepaście bezdenne       C   a
  Na śmiałków zdobywców czekają.                     C   D   G   H7
 
Za nami zostały zmartwienia, kłopoty
Urzędnik co czeka łapówki
Gdzie biją pokłony przed bóstwem Mamony
Gdzie mkną oszalałe złotówki.
 
Tam kłamstwo i przekręt na szczęście receptą
I miłość na sprzedaż towarem
Tu w ciemnej czeluści cie druh nie opuści
A przyjaźń zwyczajnym jest darem.
 
  Tu ciemność..
 
Tu płomień czołówki świat baśni odkrywa
Co wieki go wodą rzeźbiły                                    
Tu las stalagnatów w odświętnym orszaku                               
W tajemnym misterium zastygły.
 
Pod skalną zaś niszą pulsuje strumyczek
I szemrząc odwieczną rwie ciszę
Gra gamą kolorów podziemne jezioro
Co na dnie swym perły kołysze.
 
  Tu ciemność..
 
Gdy chwila powrotów nadejdzie niestety
Ruszymy znów żywcem do nieba
Choć żal się stąd ruszać lecz życie przymusza          
Bo w domu pomieszkać też trzeba.
 
Gdy znów po wyborach złodziejskich hord sfora
Do żłobu zarłocznie się dorwie
Gdy zwiększą podatki - my zwińmy manatki
I chodu do jaskiń Panowie!!!!!!!!!!!!!!
 


 
 


Strona główna | Mapa serwisu | Kontakt
© 2009 Speleoklub Bobry. Serwis obsługiwany przez mm-team Chantico.